Mont Blanc drogą „Trois Mont Blanc”

Autor: Michał Kwiatek

Mieliśmy wszystko: pełne zachmurzenie i rozgwieżdżone niebo, marsz po dobrze zmrożonym śniegu i wspinaczkę po stromej ścianie, otwarte szczeliny i zabawy z czekanem. Nawet helikopter, który na szczęście przyleciał po kogoś innego. Po 10 godzinach marszu radość i bajkowy widok ze szczytu. Wreszcie bezpieczny, choć mozolny i nie pozbawiony przygód powrót do obozu.

W sobotę (25 lipca 2004) Piotrek, Jarek i Przemek zgodnie z planem pojechali do Chamonix, żeby kupić ubezpieczenie i bilety na kolejkę de l’Aiguille du Midi. Ja natomiast odebrałem Wojtka z lotniska. Prosto stamtąd pojechaliśmy do Chamonix. Piotrka i Wojtka znałem od lat, z Wojtkiem próbowaliśmy nawet wejść na Mont Blanc dwa lata wcześniej. Jarka polecił mi inny uczestnik tamtej wyprawy – Sebastian, natomiast Przemek dołączył dosłownie w ostatniej chwili, gdy w czwartek, w cernowej kawiarni, dowiedział się o naszych planach.

Ja i Wojtek planowaliśmy tę wyprawę od kilku miesięcy. Dla mnie oznaczało to solidny trening kondycyjny: bieganie i forsowne marsze w pobliską Jurę. Spotkaliśmy się, tak jak było umówione, w południe, przy dolnej stacji kolejki. Przy ładnej pogodzie pod kasą kłębią się tłumy, dobrze jest więc uprzednio zarezerwować bilet przez telefon (1). Tego dnia akurat padało – widoczność na szczycie była zerowa, więc bilet kupiliśmy nie wykorzystując naszej rezerwacji. Na szczycie skierowaliśmy się do wyjścia dla alpinistów – lodowego tunelu prowadzącego na śnieżną grań. Mgła była jednak tak gęsta, że grani nie było widać: widoczność kończyła się metr za ochroną barierką.

Związani liną, w rakach i z czekanami w dłoniach, zeszliśmy grzbietem grani na przełęcz Col du Midi. Odwiedziliśmy schronisko (położone powyżej przełęczy) po czym rozeszliśmy się w poszukiwaniu dogodnego miejsca na biwak. Jarek znalazł dwa pięknie okopane miejsca2), więc rozbiliśmy namioty i zgodnie z planem wybraliśmy się na ćwiczenia z liną i z czekanem. Ponieważ spośród naszej piątki tylko Piotrek wspinał się zimą w górach, ćwiczenia były potrzebne żeby każdy przynajmniej z grubsza wiedział jak zrobić stanowisko z czekana, jak hamować przy upadku, co to jest flaszencug i jakie zagrożenie stanowią ukryte pod cienką warstwą śniegu i głębokie na kilkadziesiąt metrów szczeliny lodowe. O tym ostatnim przekonaliśmy się naocznie, gdy nieświadomie zbliżyliśmy się do szczeliny przecinającej nasz treningowy stok. Brr, robi wrażenie.

Po ćwiczeniach wróciliśmy do namiotów. Padał marznący deszcz, gór cały czas nie było widać a my byliśmy zmęczeni. Bez aklimatyzacji niewielki wysiłek powodował niewspółmierne zmęczenie. Zjedliśmy coś naprędce i zaszyliśmy się w namiotach. Przez cały wieczór tylko na kilka minut przejaśniło się na tyle, że zdołaliśmy ustalić w która stronę prowadzi nasz szlak. Prognoza pogody, przewidująca popołudniowe przejaśnienie i dobrą pogodę do poniedziałku, nie sprawdzała się. Stawiało to pod znakiem zapytania plan nocnego wymarszu. Mimo to nastawiliśmy budziki na pierwszą w nocy.

Plan był następujący. Wstaniemy o pierwszej i jeżeli będzie ładnie, wyruszymy o drugiej. Dojdziemy do grani Mont Blanc du Tacul i zadecydujemy. Jeżeli starczy sił, pójdziemy dalej. Jeżeli, co bardziej prawdopodobne, brak aklimatyzacji da nam się mocno we znaki, spróbujemy wejść na Tacula i zejdziemy, ale dzięki temu lepiej się zaaklimatyzujemy, no i poznamy szlak. Myślę, że kładąc się spać przy gęstej mgle i deszczu nikt nie wierzył, że w niedzielę uda nam się wejść na szczyt. I każdy miał pewnie w skrytości ducha miałem nadzieję, że pogada się nie poprawi i nie będzie trzeba wstawać w środku nocy… Spaliśmy kiepsko: nie byliśmy aż tak zmęczeni, żeby zasnąć o tej nienaturalnie wczesnej porze. Jednocześnie niższa zawartość tlenu w powietrzu powoduje przyspieszone tętno, a to nie pomaga w zasypianiu. Przewracaliśmy się z boku na bok, każdemu udało się chwilę zdrzemnąć, ale nie był to spokojny sen. Mimo to, gdy o 12:45 Piotrek radośnie obwieścił „wstawać, jest pięknie!”, rozbudzona determinacja dodała mi energii. Zebraliśmy się nad wyraz sprawnie: wyruszyliśmy o 2:15, puszczając przodem rząd czołówek ciągnący od schroniska Cosmiques. Była to decyzja świadoma – bez znajomości drogi w tłumie bezpieczniej.3)

Początkowo szliśmy szybciej, niż tłum – wyprzedzaliśmy prowadzone przez przewodników grupy stąpając po zmrożonym śniegu równolegle do wydeptanego szlaku. Piotrek, który prowadził, szedł jednak coraz wolniej. Ewidentnie dawała mu się we znaki choroba wysokościowa. Na zboczu Mont Blanc du Tacul trzeba było pokonać 3 szczeliny; przy pierwszej z nich wdałem się w utarczkę słowną z (jak się później okazało) przewodnikiem, który wepchnął się przed nas, choć czekaliśmy aż poprzedzający nas zespól pokona szczelinę. Przewodnik udawał, że nie słyszy, gdy na przemian po angielsku i po francusku tłumaczyłem mu, że wszyscy czekamy i wpychać się nie należy. Usprawiedliwiał się potem i przepraszał; rzekomo myślał, że zatrzymaliśmy się, aby odpocząć. Pogodziliśmy się – nic wielkiego się w końcu nie stało. Ale warto pamiętać, że w tłumie turystów atakujących Mont Blanc przy dobrej pogodzie takie incydenty nie są niespotykane.

Druga z kolei szczelina była najbardziej spektakularna. Dochodzi się do niej wąskim śnieżnym grzbietem: po jednej stronie jest właśnie szczelina, po drugiej stok o nachyleniu 80 stopni. W kluczowym momencie trzeba dać krok nad metrowej szerokości przepaścią, wbić się czekanem w prawie pionowy stok po drugiej stronie i wyjść po wybitych w śniegu stopniach. W tą stronę nie przedstawiało to specjalnych trudności, natomiast powrót zapowiadał się ciekawie.

Na kolejnym fragmencie stoku Piotrek znacznie zwolnił. Opoczywał co parę kroków, ale twardo szedł do góry. W pewnym momencie zaczął wymiotować. Zatrzymaliśmy się na dłuższą chwilę. Jasne było, że Piotrek z nami dzisiaj na szczyt nie wejdzie. Proponowaliśmy mu dojście do grzbietu Tacula, odpoczynek i ewentulany atak na Tacula. Piotrek jednak uznał, że należy zejść. Pozostali czuli się nad wyraz dobrze, najwyraźniej po prostu lepiej znosimy wysokość. Mieliśmy do wyboru: zejść na dół całym zespołem, albo rozdzielić się: jedna osoba mogła zejść z Piotrkiem, a reszta dalej na szczyt. Piotrek jednak stanowczo zaprotestował mówiąc, że czuję się na tyle dobrze, że zejdzie do namiotu sam. Wszyscy razem i każdy z osobna proponował, że z nim zejdzie. Piotrek jednak był uparty. Z drugiej strony, choć byliśmy szczerze gotowi zejść, każdy miał w głębi serca nadzieję, że jednak uda się wejść na szczyt jeszcze tej nocy.

Piotrek był najbardziej doświadczony spośród nas. Czuł się źle, ale nie miał zawrtów głowy, więc było prawdopodobne, że poczuje się lepiej, gdy zacznie schodzić. Uznaliśmy, że można puścić go samego. Z perspektywy czasu decyzja ta okazała się słuszna4), natomiast gdyby coś mu się wtedy stało, nigdy bym sobie nie darował, że zostawiliśmy go tam samego.

Piotrek zawrócił, a my poszliśmy dalej. Po niespełna 30 minutach byliśmy na grani Mont Blanc du Tacul. Krótka narada: wszyscy są w stanie iść dalej? Idziemy dalej.

Z Tacula schodzi się łatwym stokiem (choć trzeba uważać na seraki), tylko po to, żeby chwilę później podejść pod Mont Maudit. Podejście jest dość proste (choć męczące), ale na jego końcu czeka nas śnieżno-lodowa ścianka o nachyleniu od 60-80 stopni. Cierpliwie ustawiliśmy się w kolejce do tej atrakcji. Stromy fragment ma około 50 metrów, my szliśmy związani w 30 metrową linę lodowcową5). Dowiązaliśmy do niej drugą linę i zyskaliśmy kolejne 15 metrów. Gdy przyszła nasza kolej, uczuliłem Przemka, żeby nie zostawiał za dużo luzu i z czekanem w dłoni wbiłem się w ścianę.

Poszło gładko. Pierwszy przelot z pętli przewleczonej przez wydrążoną w lodzie dziurę. Drugi i trzeci ze śruby lodowej. Kolejne dwa przeloty z pętli zostawionych przez przewodników. Potem bloki skalne, jeszcze jedna śruba i koniec trudności. Zupełnie sprawnie pokonaliśmy je z lotną asekuracją. Byliśmy na grani Mont Maudit.

Znowu w dół. Na szczęście to już ostanie zejście. Co ważniejsze, wreszcie zobaczyliśmy nasz cel, do tej pory ukryty za granią Maudit. Schodziliśmy po śladach, które w pewnym momencie, zupełnie niespodziewanie urwały się. Zacząłem się rozglądać: na ścieżka była ślepa, natomiast ta, którą powinniśmy byli iść, była 50 metrów niżej. Zmyliliśmy drogę jakieś 100 metrów wcześniej. Nie my pierwsi. Z miejsca, w którym się zatrzymaliśmy, odbijała ścieżka pionowo w dół, dołączająca do prawidłowego szlaku. Ktoś powiedział „schodzimy”, więc zacząłem schodzić po tych śladach. Ale coś było nie w porządku. Przede mną znajdowała się wyraźna czapa śnieżna, jak gdyby na brzegu szczeliny. I rzeczywiście, była tam szczelina. Spojrzałem w prawo: ścieżki rozgałęziły się tuż przed początkiem szczeliny. Trzeba więc było wrócić te 100 metrów żeby bezpiecznie obejść szczelinę. Tak też zrobiliśmy, natomiast najwyraźniej ktoś inny tej szczeliny już wcześniej nie zobaczył, bo ślady, po których teraz szliśmy, prowadziły na jej drugą stronę. Co ciekawe, dwa dni później Piotrek zrobił ten sam błąd i zauważył tę szczelinę dopiero wtedy, gdy po upadku znalazł się po jej drugiej stronie!

Dalej w dół. Na przełęczy postanowiliśmy odpocząć. Cudowny widok na Igły, cały czas bezchmurne niebo. Do pokonania jeszcze około 500 m. przewyższenia. Droga na szczyt wiedzie bezpieczną, choć potwornie stromą śnieżną ścianą. Stromizna daje o sobie znać zwłaszcza na początku tego ostatniego odcinka. Wleczemy się – robimy maksymalnie kilka kroków na minutę. Każdy krok wymaga skupienia resztek sił i koncentracji, żeby się nie potknąć. Mniej więcej 250 metrów przed szczytem jest kilkudziesięciometrowe plateau. Ostatni fragment nie jest już tak strasznie stromy, ale i tak ciągnie się w nieskończoność. W końcu o 12, po 10 godzinach marszu stajemy na szczycie. Krańcowe wyczerpanie (związane przede wszystkim z brakiem odpowiedniej aklimatyzacji) tłumi radość z osiągniętego celu. Wysyłam smsy do najbliższych (komórka działa!) i robię zdjęcia. Widok jest doprawdy niesamowity. Wydaje mi się, że rozpoznaję charakterystyczną piramidę Matternhornu Pełna widoczność, słońce i ta przestrzeń!

Wieje silny wiatr, mamy przed sobą długą drogę powrotną, a jednak spędzamy na szczycie dobre kilkanaście minut. Wreszcie zaczynamy schodzić. Bezpośrednio pod szczytem dwóch ratowników przeszukuje lawinisko. Dziwne, bo ta lawina nie bardzo miała skąd zejść. Być może ktoś zamarzł i przysypał go naturalny opad? Brr, lepiej o tym nie myśleć. Na plateau spotykamy kolejnych dwóch ratowników6) i psa. Słychać warkot helikoptera, oni na migi pokazują, żeby nie podchodzić. Helikopter ląduje, zabiera całą trójkę i znika za granią. Bardziej spada, niż leci – tutejsi piloci najwyraźniej lubią przeciążenia.

My odpoczywamy na plateau kolejne kilkanaście minut, bo przed nami strome zejście. Rozkładam karimatę7) i zamykam oczy. Mam ochotę się zdrzemnąć. Ale z nad Chamonix powoli podnoszą się chmury; trzeba iść.

Pokonujemy strome zejście, po czym mozolnie, krok za krokiem podchodzimy pod grań Mont Maudit. Jesteśmy jedynym zespołem, który schodzi tą drogą. Jest stosunkowo późno, więc nikt nie idzie w drugą stronę też już nikt nie idzie. Cieszymy się więc, gdy na grani Mont Maudit spotykamy grupę Włochów, którzy zjeżdżają ze śnieżno-lodowej ściany. W tamtą stronę przeszliśmy ją z lotną asekuracją. Ale schodzi się trudniej, niż wchodzi. Co zrobić teraz? Ściana ma 50 metrów wysokości, my nawet jak połączymy liny, mamy tylko 45 metrów. Pytamy Włochów, czy nie użyczyliby nam swojej liny do zjazdu. Odmawiają. Myślimy dalej. Po kolejnych 10 minutach pytam ponownie, ale najwyraźniej moja włoszczyzna nie robi na nich wrażenia. Odmawiają ponownie.

Jesteśmy źli na nich, ale cóż – trzeba ich zrozumieć – spieszą się na ostatnią kolejkę z Aig. du Midi. Z drugiej strony ich zjazd trwa przeraźliwie długo: czekając, tracimy godzinę. Ustalamy, że najbezpieczniej będzie tak: pierwszy zejdzie asekurowany przeze mnie Wojtek, który osadzi śruby. Potem, cały czas przy mojej asekuracji, zejdą Jarek i Przemek. Na końcu zejdę ja, asekurowany przez z dołu Wojtka, wykorzystując osadzone przez niego śruby. Schodząc, zbiorę śruby. Mamy mało liny, więc wykorzystamy stanowisko z pętli zarzuconej na turniczkę w połowie ściany.

Wcielamy plan w życie. Jako ostatni dochodzę do stanowiska pośredniego i jako pierwszy schodzę na dół. Lina kończy się 3 metry przed ścieżką… Zakładam stan ze śruby i z pętli przewleczonej przez dziurę w lodzie. Jarek i Przemek dochodzą do mnie, wywiązują się i bezpiecznie docierają do ścieżki. Wojtek schodzi wykręcając śruby. Po wykręceniu ostatniej, jego ewentualny lot potężnie obciążyłby stanowisko. Wytrzymałoby? Na szczęcie nie musieliśmy tego sprawdzać. Wojtek dociera do ścieżki i zdejmuje plecak, żeby przyasekurawać mnie na ostatnim odcinku. Docieram do ścieżki. Siadam zadowolony, że bezpiecznie pokonaliśmy ten odcinek. I w tym momencie, czekan i plecak Wojtka zsuwają się ze ścieżki i lecą w kilkusetmetrową przepaść.

Widzimy czekan – zatrzymał się po drodze – ale plecak zniknął nam z pola widzenia. Wojtek rozpacza. W plecaku miał wszystko: pieniądze, paszport, bilet na samolot. Trzeba iść – mówię – może znajdziemy go na dole. Jestem zły, bo jesteśmy zmęczeni, jest późno i zaczynamy robić głupie błędy. A znad Chamonix cały czas podnoszą się chmury. Czy w chmurze znajdziemy drogę z grani Tacula? A pod Tacula trzeba jeszcze podejść! Schodzimy szybkim krokiem. Za szybkim – widzę, że Przemek ma mi za złe, że tak pędzę. Znajdujemy czekan. W oddali, w miejscu gdzie mógł dolecieć plecak, widzimy czarny punkcik. Tylko czy to jest plecak? Z tej odległości nie widać. Wracamy na wydeptaną ścieżkę.

Dochodzimy do dna doliny i odbijamy w lewo w poszukiwaniu plecaka. Brniemy w roztopionym przez słońce śniegu i niepewnie rozglądamy się za szczelinami. Plecaka nie widać. Na pewno jest dalej – mówię! Na pewno wpadł do szczeliny – mówi Wojtek… Brniemy dalej. W pewnym momencie… Jest – krzyczy Wojtek. Nic mu się nie stało! Wracamy do naszej ścieżki i przysiadamy na kolejne kilka minut nie zważając na złowieszcze seraki.

Przed nami podejście pod Tacula. Ostatnie już. Jest po 18-tej. Idziemy powoli, mozolnie, w milczeniu. Z grani widzimy, że chmury na przemian skrywają i odsłaniają Aig. du Midi. Ale nasz szlak jest dobrze widoczny. Na szczęście! Mijamy pierwszą szczelinę i miejsce, gdzie rozstaliśmy się z Piotrkiem. Dochodzimy do drugiej szczeliny. Ta jest trudniejsza: trzeba zejść kilka metrów stokiem stromym na tyle, że nie widzisz gdzie stąpasz, po czym odwrócić się i skoczyć nad szczeliną. Schodzę pierwszy. Odwracam się. Skaczę. Uff. Jestem teraz na śnieżnej grani między szczeliną, a stromym stokiem. Siadam na krawędzi: gdyby Przemek wpadł do szczeliny, ja dla równowagi skoczę na drugą stronę grani.

Przemek ląduje obok mnie. Tłumaczę mu, co ma zrobić, gdyby Jarek zsunął się do szczeliny. Przemka to nie przekonuje. Tłumaczę mu, że lepiej bezpiecznie zawisnąć po drugiej stronie grani, niż dać się wciągnąć do szczeliny. Na szczęście Jarek bezpiecznie ląduje obok nas. Ostatni idzie Wojtek. Tuż przed skokiem, chwieje się niebezpiecznie. Serce staje mi w gardle… Ale po chwili również i Wojtek bezpiecznie ląduje obok nas. Dalej jest już z górki. Ostatnia szczelina jest łatwa – to tu zwracałem uwagę cwanemu przewodnikowi. Od namiotów ktoś idzie w naszym kierunku. To Piotrek wyszedł nam naprzeciw. Jeszcze pół godziny i bezpiecznie docieramy do obozu. Piotrek pichci dla nas kolacje. Zasypiamy kompletnie wyczerpani, ale szczęśliwi. Następnego dnia ja i Przemek zwijamy jeden namiot i wracamy do Genewy, zostawiając chłopaków w drugim namiocie. Piotrek samotnie zdobywa szczyt trzy dni później (Fot. 9).

Podsumowanie Droga „Trois Mont Blanc” jest najciekawszą i najtrudniejszą i spośród dróg turystycznych. Różnica wysokości między Col du Midi, z której wyruszasz, a szczytem, to 1278 m., ale po drodze wchodzisz i schodzisz z grani dwóch innych gór. W konsekwencji, podejścia jest znacznie więcej (około 2000 m.), z czego część w drodze powrotnej. Jeżeli nocujesz w schronisku, ze szczytu znacznie wygodniej jest zejść do schroniska Gouter.

Jak wynika z powyższej opowieści, przy dobrej pogodzie, kondycji i odporności na wysokość, całą wyprawę można szczęśliwie zakończyć w 48 godzin. Zdecydowanie bezpieczniej (i chyba również przyjemniej) jest jednak porządnie się zaaklimatyzować.

Informacje praktyczne (przypisy)

1) Przy dobrej pogodzie, kolejka na Aig. du Midi jest oblegana przez turystów. Warto się zabezpieczyć rezerwując wcześniej miejsce przez telefon. Numer automatycznej rezerwacji (w języku francuskim) to: 0033892680067 (tak dzwoń z komórki lub z zagranicy; dzwoniąc z telefonu statcjonarnego we Francji zamiast 0033 wystukaj pojedyncze 0 a potem resztę numeru).

2) Strategicznie najlepiej jest wyruszać przy złej pogodnie i dobrych prognozach. Dobra pogoda jest kluczowa, ale dopiero przy ataku na szczyt, a nie przy aklimatyzacji! Przy złej pogodzie łatwo kupisz bilet kolejki linowej. Co ważniejsze, przy złej pogodzie bez problemu znajdziesz pięknie okopane miejsce na namiot. Samodzielne okopanie namiotu to katorżnicza praca, więc dobre miejsce jest na wagę złota!

3) Jeżeli nie znasz drogi, dobrze jest wyruszyć po godzinie drugiej i iść za tłumem. Jeżeli natomiast znasz drogę i jesteś zaaklimatyzowany, wyjdź około pierwszej; unikniesz regularnych korków, które tworzą się w każdym trudniejszym miejscu.

4) Rozdzielając się w górach, warto wziąć pod uwagę, że jeżeli wszyscy za wyjątkiem jednej osoby wejdą na szczyt, to osoba będzie prawdopodobnie próbowała później sama, co się wiąże z dodatkowym ryzykiem.

5) Na drodze przez schronisko Gouter wystarczy mieć ze sobą 15 m. liny lodowcowej na dwie osoby (30 m. na 4 osoby). Natomiast na drodze Trois Mont Blanc (zwłaszcza jeżeli zamierzasz tędy schodzić), należy mieć minimum 50 m. (na 4 osoby optymalnie 2 x 50 m.)

6) Z ratownikami w Chamonix (Peloton de Gendarmerie de Haute Montagne) można się skontaktować pod numerem: 0033450531689.

7) W wysokich górach trzeba być przygotowanym na nagłe załamanie pogody. Zdarza się, że widoczność spada do kilku metrów. W takiej sytuacji możesz być zmuszony zabiwakować na śniegu. Dlatego warto mieć ze sobą śpiwór, karimatę i (zupełnie obowiązkowo) płachtę NRC.

8) Bieżącą górską prognozę pogody w języku angielskim dla masywu Chamonix (jak również inne informacje, jak na przykład komunikaty dotyczące remontu kolejki linowej), znajdziesz na stronie http://meteo.chamonix.com/MetPreE.php3. Z kolei na stronie http://www.ohm-chamonix.com/ETE/OHMCourListe.php jest wirtualna książka wyjść zawierająca aktualne komentarze turystów i alpinistów.

9) Ubezpieczenie od kosztów akcji ratowniczej (carte neige) można – i warto- kupić w Office du tourisme, tel. 0033450530024, lub w Club du Sport, tel. 0033450531157.

Dodane przez:
notonic

Zostaw komentarz

Musisz być zalogowany aby komentować.



Chronologicznie

Szukaj