Pierwsze kroki czyli wczesny i późny start

Autor: Piotr Amsterdamski

Początki wszystkiego zawsze giną w niepamięci; tak jest i w tym przypadku, mimo że minął zaledwie rok. Nie pamiętam, skąd wziął się pomysł wyjazdu w Dolomity, by pochodzić po ferratach; musiałem gdzieś o tym przeczytać i tak zapadała decyzja: jedziemy. My – to znaczy dziesięcioletni Jerzy i ja, lat… hm, lepiej nie mówić. Kupujemy buty, uprzęże, lonże, bierzemy rowerowe kaski i w drogę. Określenie „trudna” w przewodniku robi na nas stosowne wrażenie, ale mimo to pierwszego dnia idziemy na ferratę Berti wokół Sorapisa. Mijamy mleczno-szmaragdowy staw i powoli pniemy się po piargach. Pierwsze trudności: trochę emocji, ale nie mamy problemów. Po południu łapie nas burza, a mnie męczy nieprzyjemna świadomość, że idziemy po piorunochronie. Niestety, Jerzy również wie, co to są pioruny. Przy pierwszej okazji oddalamy się od tego żelastwa i chowamy się w małej jaskini. Mamy pół godziny względnego spokoju, ale widocznie nagle ktoś otworzył śluzę, bo ze stropu polała się rzeka wody. Trzeba iść dalej. Wieczorem, mokrzy i zmarznięci, dochodzimy wreszcie do szosy. Jerzy, który waży tylko 28 kg, cały dygocze. Właścicielka przydrożnego pensjonatu wrzuca nasze łachy do suszarki, a potem odwozi nas do miasteczka. Czym prędzej wynajmujemy pokój w hotelu, żeby się ogrzać i nie przechorować reszty urlopu. Pierwsza przygoda za nami. Od tej pory wystarczała mała chmurka na niebie, by Jerzy szedł, jakby miał motor w tyłku. Zaliczamy między innymi ferraty Vandelli (druga strona Sorapisa), Bianchi (na Monte Cristallo), Lipella (na Tofanę di Rozes), Dibona.

Jerzy, jako człowiek ostrożny, odmawia pójścia na drogę „bardzo trudną”. Ja jestem nieodpowiedzialnym ojcem: skrywam przed nim prawdę i ostatniego dnia idziemy ferratą Oliveiri na Punta Anna. Jak na nas, emocje są wystarczające: idziemy najpierw filarem, później ostrą granią, od czasu do czasu trawersując; po obu stronach stromo i bardzo powietrznie. W pewnym miejscu brakuje poręczówki; trzeba przejść kilka metrów bez asekuracji. Mały kryzys psychiczny, ale przełamujemy strach.
I ostatnie ważne wydarzenie: Jerzy zobaczył w Cortinie ściankę wspinaczkową. „Ja też chcę! W Warszawie masz znaleźć taką ściankę!”

Wracamy, znajduję ściankę. Kupujemy buty, magnezję, poznajemy nowych ludzi. Jerzemu panel odpowiada, ma bardzo dobry stosunek siły do masy i jest zawzięty. Czuje, że z boku popatrują na niego z uznaniem i coraz bardziej mu się to podoba. Na mnie patrzą raczej z pewnym zdziwieniem, ale prawie wszyscy są bardzo życzliwi. Zaczynamy chodzić z dolną asekuracją. Co chwila krzyczę „blok”, odpadam, ale Kolarz, Marianna, Romek, Eliza, Marta czasem coś podpowiedzą, zachęcą i tak mija zima.

Wiosna. Jedziemy po raz pierwszy w skałki, do Sokolików. Najpierw w ogóle nie możemy znaleźć Sukiennic, później długo szukamy drogi, którą moglibyśmy spróbować. Jakiś dobry człowiek wskazuje nam Chatkę Puchatka. Droga miejscami mokra, ale wchodzę. Jerzy przeżywa pierwszą porażkę. Skała to nie panel, z jakiegoś powodu przestawienie się sprawia mu więcej problemów niż mnie. Teraz Wielki Komin. Wchodzimy obaj, przy okazji odkrywając tarcie. Drugiego dnia zaliczamy Brzózkę, potem prowadzę łatwy Kancik i mam asekurować Jerzego od góry. Coś tam majstruję przy ringu, czując na sobie krytyczne spojrzenie instruktora, który szkoli obok dwie dziewczyny. W końcu nie wytrzymał i krzyknął, żebym zawiązał półwyblinkę. Czuję się jak idiota, ale uznaję, że lepiej pokornie poprosić o pomoc. Już wiem, że kolejność nie była właściwa, należało najpierw nauczyć się, jak to się robi.

Zbliża się lato, trzeba ustalić plany. Eliza i Dawid, których poznaliśmy zimą, proponują wyjazd do Verdon. Najpierw warto byłoby zaliczyć kurs skałkowy. Przypadek zrządził, że trafiliśmy do Jarka Cabana. Uczymy się węzłów, zakładania przelotów i stanowisk, zjazdów, podchodzimy na prusach i małpach. Przy „łapaniu odpadającego” (opony wyładowanej kamieniami) Jerzy startuje jak rakieta pod dach Kazermy. Jarek jest idealnym instruktorem. Wyjaśnia, cierpliwie pokazuje, nigdy nie krzyczy. Jerzy umiera ze strachu, że nie zda egzaminu; wieczorami wkuwa wytrzymałość lin, karabinków, a w ciągu dnia wychodzi z siebie, by usłyszeć od Jarka „no, piękniście” i „luksus, brachu, luksus”. W końcu Jarek uznał, że chyba sobie nie zrobimy większej krzywdy i obaj dostaliśmy kartę wspinacza.

Teraz do Verdon. Długą drogę urozmaicamy sobie zwiedzaniem winnic w Jurze, ale mimo to docieramy na miejsce. Wszędzie czuć mocny zapach lawendy i bazylii. Spotykamy się ze pozostałymi na ogromnym kempingu Les Gelatos, niedaleko mostu przy końcu wąwozu. Eliza i Dawid to „kadra”, Gośka, Andrzej i my to „uczestnicy”, pozostała czwórka – do towarzystwa.

Pierwszy dzień. Idziemy pod ścianę powyżej kempingu i próbujemy coś zwojować. Ciężko. 5a przechodzimy bez większych kłopotów, przy 5c mamy problemy. Dawid nic nie mówi, ale widać, że jest trochę rozczarowany naszym poziomem. Po południu idziemy popływać. Waldi i Dawid pokazują nam skały, z których można skakać do wody. Jerzy zaciska mocno szczęki, ale skacze z dziesięciu metrów.

Drugi dzień. Jedziemy do Bauchet. Jak wczoraj, próbujemy naszych sił na piątkowych drogach. Okazuje się, że obaj kupiliśmy sobie zdecydowanie za wygodne buty i wyjeżdżamy ze stopni. Na szczęście Marta ma stopę dobrze urodzonej Chinki i zapasowe buty, które doskonale pasują na Jerzego. Ja wieczorem kupuję ciasne Miury.

Trzeci dzień. Odpoczynek. Dawid i Eliza zaplanowali zjazd z grani Vernise do rzeki i powrót wpław. Świetny plan jak na południe Francji, ale rzeczywistość skrzeczy: akurat jest zimno. Piękne zjazdy daleko od ściany, wspaniałe widoki, tylko ten wiatr… Na dole usilnie przekonujemy się nawzajem, że mamy ochotę wskoczyć do rzeki. Jerzy jest taki mały, że żadna pianka na niego nie pasuje, więc i ja muszę płynąć w kąpielówkach, gdyż inaczej miałby przewagę moralną. Na szczęście pływanie jest naszą silną stroną; bez trudu spływamy między kajakami i rowerami wodnymi. Wychodzimy z wody szczękając zębami. Po południu zmieniamy miejsce – jedziemy do La Palud.

Czwarty dzień. Jedziemy na belweder de la Carelle i zjeżdżamy z Elizą, by zrobić górny wyciąg jakiejś drogi. Ja prowadzę. W pewnym momencie odpadam i jak głupi łapię linę Przemka, który idzie obok. Dobrze, że nic się nie stało. Idę dalej. Dochodzę do miejsca, które nie chce puścić. Za radą Przemka zmieniam ustawienie nóg i przechodzę natychmiast. Jakie to proste, wystarczy umieć.

Następna droga. Zjeżdżam pierwszy, ale mijam wybrane stanowisko o dobre dziesięć metrów z boku. Wykorzystuję nauki Jarka, podchodzę na prusach i docieram do stanowiska. Zupełnie zgłupiałem, motam jakiś kłąb ekspresów i pętli. Jerzy zjeżdża. Po paru minutach przytomnieję i przerabiam tę plątaninę na wzorowe samonastawne stanowisko. Jerzy ma prowadzić. W dole dużo powietrza, przeloty znacznie rzadziej niż na ściance. Jerzy robi trzy wpinki i staje. Następna daleko, biedak psychicznie się zaciął. Na domiar złego jakiś słowacki zespół bez skrupułów przechodzi nam po głowach. Wisimy na ścianie półtorej godziny, wreszcie Eliza opuszcza się na linie obok i podpowiada Jerzemu, co dalej. Młody rusza i idzie bez większego trudu, problemem było wyłącznie przełamanie blokady psychicznej. Jak dobrze, że nie pojechaliśmy sami.

Po południu robimy pierwszą drogę liczącą kilka wyciągów. Emocje rosną. Zjeżdżamy z Dawidem, po czym mamy do przejścia cztery wyciągi 5b i 5c. Dawid prowadzi, my za nim. Nieoczekiwanie wszystko idzie jak z płatka. Docieramy na górę z wyraźnym uczuciem zawodu: to miało być znacznie trudniejsze. Dekompresja.

Piąty dzień. Lampa, przed południem nie ma mowy o wspinaczce. Koło drugiej zjeżdżamy z Elizą, by zrobić cztery wyciągi 6a, 6a+. Eliza i ja prowadzimy na zmianę, Jerzy idzie na drugiego. Najgorsze są płyty z małymi dziurkami. Jerzy jakoś się ich trzyma, ja mam większe kłopoty, ale przechodzę. Jest jeszcze dość czasu, by zrobić jeden bardzo długi wyciąg obok. Jerzy idzie na wędkę, a gdy kończy, zaczyna padać. Eliza idzie pierwsza, po niej ja. Robi się ciemno, pada deszcz. Szukając łatwiejszej drogi nieco zbaczam. W pewnej chwili łapię się jakiegoś solidnego bloku, który nagle leci na mnie. Na szczęście zdążyłem go puścić i wrócił na miejsce. Uff. Czym prędzej wycofuję się na właściwą drogę; teraz już rozumiem, dlaczego tu i ówdzie widać jaśniejsze plamy: autor drogi usunął ruchome kamienie.

Szósty dzień. Odpoczynek. Idziemy na wycieczkę wąwozem. Częściowo idziemy, częściowo spływamy rzeką. Tym razem kąpiel bez pianki wymaga większego męstwa, woda potwornie zimna. Główną atrakcją dnia jest wahadło. Dawid i Waldi zawiesili linę pod ogromnym dachem wywieszonym nad wąwozem obok tunelu Samsona i mamy huśtawkę. W położeniu startowym lina jest prawie pozioma, leci się dwadzieścia parę metrów w dół i wylatuje daleko nad wąwóz. Powrót również emocjonujący, bo skały tuż, tuż. Niby wiadomo, że nic się stać nie powinno, ale… Jerzy po długich cierpieniach decyduje się na skok. Już w połowie lotu grymas przerażenia i determinacji znika i pojawia się uśmiech. Pokonujemy jeszcze Styks – miejsce, gdzie rzeka ginie pod skałami, w których wyżłobiła ogromne komnaty. Nad głowami widzimy wąskie pasemko nieba, a między ścianami tkwi zaklinowany głaz.

Dziesiąty dzień. Po południu wyjazd. Rano zjeżdżamy we dwóch, bez nadzoru, tylko Eliza przygląda się z góry, jak sobie radzimy. Zgodnie z planem Jerzy prowadzi całą drogę, dwa wyciągi 6a i dwa 6a+. Tym razem wreszcie poruszamy się składnie do góry, bez bloków, w dobrym tempie, stanowiska zrobione, jak Jarek kazał, wszystko zgodnie z regułami sztuki. Jerzy promienieje, ja też jestem zadowolony. 6a+ to niewiele, ale jeszcze kilka dni wcześniej było to poza naszym zasięgiem.

Wracamy przez Dolomity, ale pogoda beznadziejna. Pakujemy manatki i jedziemy do domu. Jeszcze przystanek w Rzędkowicach i tak kończymy nasz pierwszy sezon. Teraz znów panel. Jerzy zapisał się do sekcji wspinaczkowej i pod opieką Gosi Kusztelak przyspieszył tak, że straciłem z nim kontakt, zwłaszcza na bulderach. Mimo to snujemy wspólne plany, a Jerzy uprzejmie obiecuje, że jeszcze parę lat będzie się ze mną wspinał…

Wnioski ku zbudowaniu i przestrodze: a) wspinaczkę można zaczynać w dowolnym wieku, wcześnie i późno, trzeba tylko bardzo chcieć; b) jeśli czegoś nie umiesz robić, rób to z kimś doświadczonym; c) wspinaczki trzeba się uczyć, a nie wierzyć, że jakoś to będzie; d) nie trzeba przejść 9a, by poczuć satysfakcję: wystarczy zrobić coś, co przyszło ci z trudem.

Dodane przez:
notonic

Zostaw komentarz

Musisz być zalogowany aby komentować.



Chronologicznie

Szukaj