Krzysiek Sadlej nie żyje

W sobotę 23 VI, w godzinach popołudniowych, podczas wspinaczki na Zamarłej Turni zginął nasz kolega i przyjaciel, wspaniały taternik i alpinista – Krzysiek Sadlej.

Krzysztof wspinał się już kilkanaście lat, w Tatrach, Alpach, Dolomitach, w USA, jeździł na wyprawy do Azji i Ameryki Południowej. W jego wykazie znajdują się znakomite przejścia mieszczące go w czołówce polskich alpinistów ostatniej dekady. Często szukał wyzwań poza głównym nurtem, był skuteczny i opanowany.

Jednak przede wszystkim Krzysiek był lubianym, oddanym kolegą i przyjacielem. Wiem, że swoją obecnością i działaniami pomógł niejednej osobie. Dla kilku był najważniejszym górskim partnerem. Swoją pasją do gór zaraził wielu. Wielu zawdzięcza mu opiekę podczas pierwszych górskich wspinaczek.

Robił świetne zdjęcia, świetnie pisał. Był od zawsze członkiem Uniwersyteckiego Klubu Alpinistycznego.

W życiu prywatnym – fizyk, naukowiec, pracował w Polsce i za granicą, z sukcesami.

Pozostawił dwójkę małych dzieci.

Rodzinie, Bliskim, wszystkim Przyjaciołom i znajomym w imieniu swoim i zarządu klubu składam najszczersze wyrazy współczucia.

W imieniu bliskich i przyjaciół Krzyśka proszę o uszanowanie powagi sytuacji, szczególnie w internecie.

Pogrążeni w wielkim smutku

Koledzy z zarządu

 

Dodane przez:
jakub radziejowski

komentarzy 25 do “Krzysiek Sadlej nie żyje”

  1. Majki
    26-06-2012 o godz. 23:56, Michal pisze:

    Szkoda…
    [‚]

  2. marcin z
    27-06-2012 o godz. 09:16, marcin z pisze:

    Krzysztof, Na zawsze wpisałeś się w moje życie
    Razem odkrywaliśmy Tatry, Bieszczady, Beskidy, Puszczę Kampinoską….
    Taki pozostaniesz, pogodny, uśmiechnięty … w Górach …

  3. saj
    27-06-2012 o godz. 13:22, saj pisze:

    Piekny dzień
    Wstalismy pozno – a w zasadzie bardzo pozno, bo chyba kolo 7:30 czy moze nawet osmej. Na tyle mnie to nie stresowalo, ze nawet nie spojrzalem na zegarek. W koncu pol godziny w ta czy tamta nie zrobi nam roznicy – i tak musimy podejsc jeszcze do piatki a potem pod sciane – o ktorej nie dojdziemy i tak bedzie dobrze. W tak poznym wstaniu zapewne pomogl nam super sympatyczny slowacki hatar z lysej polany, ktory dal nam w prezencie druga, otwartą butelke wina.
    Kawa z kawiarki przed schronem, sniadanie, lekki przepak – wszystko z ciaglymi smiechami, glupimi tekstami przeplatajacymi sie z omawianiem rowniez zartobliwie calkiem powaznych spraw. „Nigdy nie nalezy sciemniac – w gorach i tak ogolnie”.
    Krazace ciemne chmury powodują jedynie komentarz: jak ma dupnac, to dupnie kolo 13, czyli dokladnie wtedy gdy bedziemy przy schronisku, a jak nie dupnie to i tak zdazymy sie wspiac jedna droga. Kazda opcja tak samo nam pasuje, wiec podchodzimy nie przestajac gadac, robimy kilka postojów, pstrykamy zdjęcia.
    Magda narzeka na ciezki plecak, Krzysiek cieszy sie na mysl o wycieczce z dziewczynkami w Tatry za dwa tygodnie. Tomek prowadzi zycie wewnetrzne. Ja staram sie dotrzymac kroku Krzyskowi, co nie jest latwe, ale jakos daje rade – na asfalcie utrzymujemy tempo dorożki.
    W koncu docieramy do piatki. Nawet niebo sie rozjasnia, ale jest strasznie parno i duszno. Siedzimy przy stole na zewnatrz, na sloncu. Madzia znika na chwile i pojawia sie z czterema talezami z szarlotką: „A bo ja ich tu wszystkich znam. Dostalismy w prezencie”. Znow wyciagamy kawiarke. Okazuje sie, ze chyba nikt nie wzial zapalniczki, wiec musimy ja pozyczyc.
    W koncu pakujemy sie i zaczynamy isc pod sciane. Niespiesznie jak na nas, choc i tak duzo szybciej, niz idacy w kierunku koziej czy zawratu turysci. Przy rozwidleniu szlakow doganiamy spora grupe zakonnic, cale na czarno, w kapturach. ‚Wiedzmy’. Krzysiek chce im zrobic zdjecie. ‚Ale najfajniej bedzie, jak by szly w takim rzadku wychodzac na prog dolinki. Albo gesiego na tle sniegu.’ Wyprzedzamy je i udaje sie zlapac mniej wiecej takie ujecie, jak mialo byc. „No prawie tak chcialem”. Rozsiadamy sie na kamieniu na szlaku, jemy lekko rozciapane banany, a Madzia z Krzyskiem z racji kolorow kurtek i jego obywatelstwa zostaja mianowani szwedzkim teamem. Zakonnice znow sa przed nami, na tle sniegu.
    Trawersujemy snieg, zakonnice w sandałkach zostaja zawrocone przez turystow idacych z koziej. Pod sciana krotka rozmowa: to co, my na wrzesniakow, wy na pilchowke – bedziemy obok siebie i porobimy sobie zdjecia. Ani Tomek, ani ja nie mamy aparatu, wiec zostaje nam wreczony sprzet Madzi. „Jak to nie macie? To niesprawiedliwe, kto nam bedzie cykał fotki?”.
    Wspinamy sie niezlym tempem, ale nie jakos strasznie szybko. Idziemy prawie rownolegle, Krzysiek z Madzia po naszej lewej troche nas wyprzedzaja na drugim wyciagu. Warunki sa niezle: nie ma slonca, ale zupelnie nie wieje i jest w miare ciepło. Pierwszy teoretycznie bardzo latwy wyciag kosztuje mnie sporo – komin jest wilgotny i pare rzeczy sie rusza. Ale to w sumie calkiem normalne. Ciagne na cala dlugosc liny, do stanu brakuje mi moze metra – gdy Tomek wypina sie z przyrzadu ja siegam stanowiska. Obok na stanowisku Krzysiek z Magda – fajnie wygladaja na tle nieba, robimy im zdjecia. Tomek prowadzi kolejny wyciag z wyjsciem na plyte. Robi sie przyjemnie. Skradam sie na drugiego po plycie – bardzo zadowolony z tego, ze miury sa takie twarde i genialnie stoja na malych stopniach.
    Pobieram pozostaly sprzet od Tomka, robie porzadek w tym, co mam na sobie. Startuję w ostatni wyciag, ktorego sie boje: skoro sie tak meczylem na trojkowo – czworkowych ruchach w kominie, to co to bedzie na pięć czy pięcplusie. Ale w plytach jest idealnie, ide mega pewnie – jest kilka hakow, od czasu do czasu zamieszczam cos swojego. Nad sobą mam mikro okapik – wydaje mi sie, ze musze go obejsc od lewej. Poniewaz slysze na grani radosnie gaworzących Krzyska z Magda, co będę zgadywał. Pytam – w lewo czy w prawo? „O jestescie. Czekamy na was, a tu chłodno. Twoje lewo”. Wchodze w ostatnie kilkanascie metrow plyty, oni siedza sobie na grani i dyndają nogami. „Dawaj w prawo” – chciałem na wprost, odpowiadam. „Bedzie fajniejsza perspektywa”. Na tak postawioną kwestię – idę lekko w prawo. Mimo tego, ze ide po niezbyt duzych stopniach, to czuję się pewnie – gadamy, Krzysiek robi mi zdjęcia z góry. Jest na tyle bezstresowo, że ostatni przelot zostawiony ładnych kilka metrów pod sobą poprawiam friendem chyba dla zasady i dla zdjęć. „O! Noga do ręki”. Pstryk, pstryk. „Złap lewą ręką gdzieś wyżej, w lewo”.
    Wychodzę na górę, Krzysiek podpowiada mi jak zrobić fajny stan na bloku z liny – ja mam jakieś zaćmienie umysłowe. Ściągam Tomka, oni idą do przełęczy, umawiamy się, że zaczekają i zjedziemy razem.
    Schodzimy w butkach powoli, pokonujemy drabinki, po pięciu minutach jesteśmy przy stanowisku zjazdowym. Krzysiek tłumaczy Magdzie: „tu trzymasz prusa”, „sprawdź wszystko dwa razy”, „pokaż chłopakom, żeby też sprawdzili”. Pojechał w dół, ale zapomniał drugiego kompletu lin, z którego miał od razu założyć drugi zjazd. Przypinamy je Magdzie, która dzięki temu dociążeniu ma łatwiej jechać w dół. To trudniejsze rozwiązanie problemu trochę za mocno zawiązanego prusa. „Dajcie Magdzie liny” słyszymy z dołu. Wiemy, wiemy…
    Spotykamy się na drugim stanie, dosłownie na moment, Krzysiek jedzie w dół. Sciągam liny z pierwszego zjazdu, klarujemy je z Tomkiem, on przypina sobie jedną, ja drugą. Wypinam się z przyrządu po drugim zjeździe. Układałem line nad okapem, żeby mi się nie zacieła, więc mam nadzieję, że zejdzie bez problemu. Ciągnę, schodzi, nigdzie się nie zacieła. Uff, stoję na ziemi, jest idealnie. Wszystko poszło jak trzeba.
    Tak chciałbym go zapamiętać.
    Tak chciałbym Go zapamiętać.

  4. saj
    27-06-2012 o godz. 13:34, saj pisze:

Zostaw komentarz

Musisz być zalogowany aby komentować.

Wszystkie Wpisy


archiwum starej strony UKA

Szukaj