Igły od południa, czyli jak zostałem alpinistą

Oto krótka historia z wypadu do Chamonix, który odbył się w pierwszej połowie sierpnia, przedstawiona z perspektywy adepta górskiej wspinaczki:

Właściwie na tamtą chwilę powinienem być już w Tatrach, ale nie miałem ustawionego partnera i warun był nie najlepszy, więc ociągałem się z decyzją wyjazdu. Zdecydowałem odłożyć go na początek następnego tygodnia, a na weekend uderzyć na Jurę. Przynajmniej zapewnione wspinanie. Przypadek zadecydował jednak inaczej i w nasze góry nie dane mi było zawitać. O najbliższych dwóch tygodniach życia zadecydował sms. Waldemar Kwiatkowski (KWW) złożył mi propozycję nie do odrzucenia. Chamonix – morze granitu doskonałej jakości – tak malowała się wizja. Na dwa kolejne dni przesłonił ją jeszcze rzędkowicki wapień, ale za każdym pokonywanym kilometrem niemieckiej autostrady stawała się coraz bardziej klarowna.

 

alpy1

Obraz 1 z 25

jeszcze nie wspinacz a już alpinista

Na miejscu, jakby ucząc nas cierpliwości, góry roztoczyły mglisty woal, nie dając tego dnia ujrzeć niesamowitej Petit Dru. Następnego ranka uderzamy do Montenversa. Waldek, wybitnie doświadczony życiem, wjeżdża kolejką z worami. Ja – ze względów ideologicznych napieram na lekko z buta. Jeszcze przy dolnej stacji kolejki spotykamy Jaśka Sołygę i Karolinę Kozerę (oboje GM PZA). Przyjmują naszą taktykę i Karolina odbywa podróż do góry z Waldkiem, a Jasiek towarzyszy mi na półtoragodzinnym podejściu. Przy Monteversie zarzucamy wory na grzbiet i po kilku godzinach drałowania lądujemy na platformach przy Enversie, gdzie rozbijamy namiot. Po krótkim reście postanawiamy jeszcze tego dnia spróbować kilku wyciągów na Nantillionsach. Już pierwszy jest dla mnie lekcją pokory. Łagodny połóg niszczy marzenia o wykorzystaniu dzikiej mocy hodowanej przez pół roku na Bloco. Następnego dnia atakujemy Guy-Anne. Z drogi w pamięć zapadły mi dwa niezwykle estetycznie wyciągi: ‚kluczowy’, prowadzący pionową ryską, przechodzącą następnie w tarciową płytę i wyciąg następujący po nim, wiodący rewelacyjną diagonalną rysą.

 

Kolejny dzień jest istotny dla całego wyjazdu: wstawiamy się w drogę Pedro Polar na Aiguille de Roc. Droga jest oszałamiająca i mogę z czystym sumieniem polecić ją każdemu, aczkolwiek wyceny są zdecydowanie nietrafione. Najciekawsza część drogi zaczyna się wyciągiem za 5c, prowadzącym do dużej półki, z której startuje wyciąg kluczowy. Było to zdecydowanie najpiękniejsze 5c, jakie do tej pory prowadziłem: lekkim połogiem wiodła delikatna rysa, która następnie pionowała się i otwierała do szerokości idealnej na dłonie i pięści. Kolejny wyciąg, prowadzony przez Waldka, zaczynał się wielkim odpęknięciem, tworzącym płetwę na odciągi i dalej na podchwyty. Z podchwytów przechodziło się w kilka ruchów zanikającym fingercrackiem, z którego uciekało się do kolejnego odpęknięcia w prawą stronę. Stamtąd czujne wstawienie na nogach i wytężający ruch do podchwytów utworzonych przez rozpoczynające się zacięcie, które zdawało się nie kończyć, oferując kolejne odciągi i klinowania palców. W końcu osiągało się jednak wiszące stanowisko ze spitów. Waldkowi niestety przy przejściu z fingercracka do odpęknięcia zjechała noga i wyciąg padł AF-em. O ile wyciąg za 5c był najpiękniejszym, to obecny, wyceniony na 6b, stał się najtrudniejszym w tej wycenie. Z wiszącego stanu poprowadziłem wyciąg 6a+, opuszczający zacięcie czujnym trawersem ‚po niczym’ w prawo i wiodący dalej ku górze bardzo długim odpęknięciem, aż do zębatej i niezbyt wygodnej półki skalnej. Zjedzony psychicznie trudnościami poprzedniego wyciągu wystartowałem bardzo spięty i miałem kilka momentów, na krótkim bądź co bądź trawersie, w których myślałem, że odpadnę, udało się jednak całość przejść czysto. Z półki zaczynał się drugi wyciąg drogi wyceniony na 6b – płyta o nikłych stopniach, które zresztą na górze zanikały zupełnie i dwóch delikatnych rysach oddalonych na wyciągnięcie ramion. Waldemar dzielnie przewalczył całość, a mi na drugiego pozostało jedynie ‚bezstresowo’ delektować się magią tego wyciągu. Kończył on trudności na drodze, która dalej oferowała prostą i przyjemnościową wspinaczkę.
Następny dzień to błogosławiony rest. Trzeba przyznać, że byliśmy totalnie zjechani. Obserwowaliśmy tego dnia Karolinę i Jaśka, którzy wspinali się na widocznej z obozu drodze Tout va Mal. Poza wspinaczką droga zaoferowała im nieopatrzne upuszczanie różnych przedmiotów i liczne klinowania liny, przeciągając wspinaczkę i zjazdy do późnych godzin nocnych. Nauczeni ich doświadczeniem postanowiliśmy grzać ile fabryka dała, zakładając, że od tej pory drugi zadaje ze wszystkiego. Na samej drodze jest kilka bardzo ładnych wyciągów. Samo wejście było jednak dość kłopotliwe, ze względu na szczelinę brzeżną. Na drodze trafił mi się pierwszy wyciąg za 6b, do którego, po doświadczeniach z Pedro Polara, podszedłem z pewną dawką niepewności. Wyciąg prowadził zacięciem, z którego ponoć powinno się wyjść na płytę, jednak nie potrafiłem tego zrobić, więc dzięki niesamowitej (czyt. rozpaczliwej) zapieraczce i klinowaniu dłoni w rysie pełnej ziemi udało mi się wygiełgać na górę. Dalej były jeszcze ciekawy wyciąg za 6b wiodący kwarcytową żyłą – prosty acz przyjemny. Następnie kolejne ‚wyzwanie’ – płyta za 6b+, po przejściu której zastanawiałem się ładnych kilka chwil, gdzie były trudności – znów odezwało się echo Pedro Polara. Kolejny wyciąg doprowadzał pod kluczowe trudności drogi. Trawers wyceniony był za 6c+ lub 6b/A0. Rozpoczynał się dobrą ryską, z której należało przejść w nieprzyzwoicie ospitowany trawers w prawą stronę. Kilka minut przystawiałem się do wejścia w niego nie mając pomysłu na sięgnięcie widocznej klamki. Brakowało mi kilkunastu centymetrów, a ze stopniami było krucho. Pierwszym pomysłem była bania, ale na szczęście  poprzystawiałem się jeszcze chwilę do tego problemu i udało się znaleźć banalny patent. Należało ustawić się prawym bokiem do ściany łapiąc w plecy krawądkowy odciąg prawą ręką, następnie dołożyć lewą rękę na oblak obok, również na odciąg. Wtedy uwalniając prawą rękę i odchylając się do tyłu klamka była w zasięgu. Jeszcze kilka sytych ruchów w trawersie po klameczkach, wstawienie nogi do ryski i wyjście w połóg, prowadzący do wiszącego stanu. Bardzo ładny i powietrzny wyciąg, aczkolwiek oceniłbym go raczej na 6b+. Do końca drogi było już prosto, a zjazdy szczęśliwie przebiegły bez niespodzianek.

 

Dzień później zeszliśmy do Chamonix po zapasy, by kolejnego podejść z powrotem. Marny rest i dobra wyrypa, szczególnie, że nie skorzystaliśmy z kolejki.
Po powrocie i śnie atakujemy l’Age d’Homme (za nic nie mogliśmy zapamiętać jej nazwy). Nic szczególnego nie zapadło mi w pamięć z tej drogi, może poza zdecydowanie zawyżonymi wycenami. Taszczyłem całą drogę super precyzyjne buty przytroczone do uprzęży, żeby założyć je na wyciąg 6c, który oferował trudności 6a (albo mniej). Kolejny dzień to droga Chloe na Tour Rouge. W planach mieliśmy Draculę biegnącą nieopodal, ale zator utworzony przez liczne niemieckie zespoły skutecznie nas zniechęcił. Na Chloe, dzięki fatalnemu schematowi pomyliliśmy drogę i dzięki temu miałem przygodę w postaci prowadzeniu omszałego i zarośniętego zacięcia, do którego startowało się przez efektowny (również omszały) okap, ale było to moim zdaniem bardzo dobre doświadczenie. Pomimo, że droga oferowała jeszcze dwa ładne wyciągi, zjechaliśmy po jej ukończeniu z pewnym niesmakiem. Przedostatni dzień to rest i wybór finalnej drogi. Pada na drogę Corsica na Banks of Mer de Glace. Pakujemy graty i po południu opuszczamy naszą platformę. Schodzimy szlakiem około godziny i robimy nocleg przy metalowym ‚tripoincie’, skąd rano zjeżdżamy niemal do podstawy ściany drogą biegnącą obok naszej. Kończymy zjazdy i wbijamy się w cel. Pierwszy wyciąg okazuje się nietrafiony, ale następny, gładkie zacięcie za 7a, namierzamy z łatwością. Warto wspomnieć w tym miejscu o niezwykłej urodzie dolnych wyciągów, których granit został wypolerowany przez spływający lodowiec. Przed startem w drogę wylosowaliśmy, kto ma go poprowadzić i padło na mnie, więc wbijam się w trawers prowadzący do zacięcia. Start jest niebanalny i zacięcie jest rzeczywiście dość gładkie, ale dochodzę do pierwszych trudności. Zacięcie jest tutaj niemal wypolerowane, a ryska w nim biegnąca niezwykle cienka i otwiera się jedynie w jednym miejscu, oferując chwyt na opuszki jednej ręki. Pierwsza wstawka jest nieudana, próbuję rozpierać się w zacięciu, ale jest strasznie wyrzucające i zupełnie nie ma się czego przytrzymać, a nogi wstawione na tarcie na niemal gładką płytę zjeżdżają.

 

Lot przywraca mnie do przytomności i zaczynam się rozglądać w poszukiwaniu innej opcji rozwiązania problemu. Udaje mi się wypatrzeć nikły stopień poza zacięciem z lewej strony, dający szansę jego przejścia. Jeszcze kilka chwil zajmuje mi wymyślenie patentu. Wstawiam się na ledwo widoczne zagłębienie prawą nogą, wrażam opuszki palców prawej ręki w mikroszczelinę w zacięciu i ciągnę w plecy. Drugą rękę kładę na zupełnie gładkiej lewej ścianie zacięcia i naciskam z całej siły, starając się przytrzymać tułów na chwilę w zacięciu i uwolnić ciężar z lewej nogi, którą rozstawiam szeroko na wypatrzony wcześniej stopnień. Ruchy są niesamowicie czujne i ciągle mam wrażenie, że zjadę ze stopni. W rozstawionej pozycji utrzymuję w pewnym stopniu stabilność, dlatego mogę uwolnić prawą rękę i położyć ją na ‚tarcie’ kilkadziesiąt centymetrów nad prawą nogą i w ten sposób, zapierając się na lewej nodze i prawej ręce, przenieść prawą nogę do ręki. Kawałek terenu zdobyty, ale dopiero teraz będzie trudno. Muszę wrócić lewą nogą do zacięcia – inaczej nie sięgnę chwytów nad sobą z prawej strony. Kolejne ruchy to zupełny obłęd. Lewą rękę kładę na lewą ścianę, gdzie wyczuwam delikatne nierówności, prawą – na prawą i naciskam na zewnątrz ze wszystkich sił, jakbym starał się rozerwać zacięcie. Wtedy dostawiam lewą nogę do prawej na tarcie, na prawie pionową płytę i staram się nie zostać wyplutym. Maksymalnie wytężony wykonuję ruch prawą ręką do chwytu, który okazuje się bardzo kiepskim oblakiem. Widzę jednak szansę kilkanaście centymetrów wyżej z lewej strony i na totalnym odlocie strzelam lewą ręką łapiąc klamkę. Ponoć to miało być tylko dojście do trudności, które okazały się dużo prostsze, chociaż też nie puściły za pierwszym razem – dlatego zjeżdżam na dół nie osiągnąwszy stanowiska. Tym razem szansę ma Waldek. Pokonuje go zacięcie, a konkretnie braki w rozciągnięciu kończyn dolnych. Nie jest się w stanie rozstawić na stopień poza zacięciem. Próbuję ponownie swoich sił, ale pomimo trzech prób nie udaje mi się przejść pierwszych trudności czysto i azeruję. Wyżej, totalnie sprany po wcześniejszej walce, też odpadam, ale próbuję ponownie i przynajmniej robię miejsce AF-em. Ostatecznie wyciąg pokonany w (nędznym) stylu 1xA0/1xAF. Trudno, może innym razem – trzeba się nauczyć wspinać. Dróżka nie odpuszcza jeszcze i oferuje wyżej bardzo ładne płytowe wyciągi za 6b-6c. Droga godna polecenia, a wyceny zgodne z rzeczywistością. Po skończonej wspinaczce pakujemy wory i schodzimy na dół, gdzie totalnie wyprani (ostatniego dnia zabrakło nam jedzenia) mamy jeszcze jeden nocleg, po którym żegnamy się z Chamonix.

Do następnego razu!

 

 

Podsumowując:
Wyjazd odbył się 5 – 19 sierpnia, udało się załoić:
Guy-Anne I’insolite, Nantillions, 370m, 5c obligatory, 6a+ max, OS
Pedro Polar, Aiguille de Roc, 350m, 6b obligatory, 6b max, 1xAF, reszta OS
l’Age d’Homme, Nantillions, 370m, 6b+ obligatory, 6c max (wg. mnie max 6b), OS
Tout va Mal, Aiguille de Roc, 500m, 6a+ obligatory, 6c+ max (wg. mnie max 6b+), OS
Chloe, Tour Rouge, 310m, 6b+ obligatory (nasz wariant 6b), 6b max, OS
Corsica, Banks of Mer de Glace, 250m, 6c obligatory, 7a max, 1xA0/1xAF na kluczowym wyciągu, reszta OS
Gdzie ‚obligatory’ oznacza najłatwiejszy wariant przejścia (obejścia) drogi, a max – najtrudniejszy wyciąg poprowadzony.
Bartek Kurowski

Dodane przez:
Bartosz Kurowski

komentarze 3 do “Igły od południa, czyli jak zostałem alpinistą”

  1. jakub radziejowski
    07-09-2012 o godz. 13:06, jakub radziejowski pisze:

    Zabawna relacja, witaj wśród alpinistów ;-))

    Tu zachęcam też do lektury zabawnej relacji z pobytu GM PZA w Alpach, w której pojawiają się również nasi klubowicze:
    http://gmpza.pl/

  2. Marek
    07-09-2012 o godz. 22:33, Marek pisze:

    Ciekawe, iż tą diagonalną rysę na Guy-Anne zapamiętałem bardzo dobrze mimo, iż reszty z tego wyjazdu już prawie nie pamiętam. Tak to widocznie jest z pięknymi i niesztampowymi wyciągami

    P.s. Jak ktoś chce zaliczyć OS na tych drogach to niech tego nie czyta 🙂
    Pzdr
    Marek

  3. krycha
    10-09-2012 o godz. 13:58, krycha pisze:

    Fajnie się czyta 🙂

Zostaw komentarz

Musisz być zalogowany aby komentować.

Wszystkie Wpisy


archiwum starej strony UKA

Szukaj